niedziela, 30 listopada 2014

List do Niego


Czeeść <3 Pisząc to przeżyłam wiele niespodziewanych przygód. Płakałam jak nigdy i dostrzegała coraz więcej nowych rzeczy w moim życiu. I gdy miałam już gotowy wpis, nagle cała moja praca zniknęła. Po prostu się nie zapisała. I chyba tylko dzięki wsparciu moich znajomych udało mi się to jeszcze raz napisać. Dlatego bardzo im dziękuję, bo to najważniejsza twórczość w moim życiu i przede wszystkim najszczersza. Miłych wrażeń.


So hey, let's be friends



            Już drugi dzień siedze nad kartką papieru zaciskając w dłoni obgryziony z nerwów ołówek i zastanawiam się co bym chciała ci teraz powiedzieć. I wiesz co ? Sama nie wiem jak to nazwać, ale postaram się sprawić, żebyś choć przez chwile poczuł to co ja teraz. Obiecuje.
            Każdy mój dzień ma taki sam scenariusz i nie zaczyna się o poranku jak każdego normalnego człowieka, ale wieczorem, kiedy gasną światła i zostaje tylko ja z moimi myślami. Leże w pustym łóżku i wpatruje się godzinami w sufit. Znam ten widok na pamięć. Biały kolor, gładka faktura z kilkoma małymi rysami i chociaż niektórych nie widać gołym okiem w dzień, nocą nie da się ich przeoczyć. Zapewne teraz zadajesz sobie pytanie, czemu mnie to nie nudzi, nie usypia ? Otóż odpowiedź jest prosta. W nocy sufit nie spełnia swojej podstawowej roli, ale jest ekranem dla filmu moich wspomnień. Kiedy zapada głucha cisza, mój mózg odtwarza z taśmy przeszłości wszystkie piękne chwile. Przypominam sobie wtedy każdy twój uśmiech, dotyk, pocałunek… Nie zdając sobie sprawy kiedy, po moich policzkach zaczynają skapywać łzy. Z początku pojedynczo i sporadycznie stopniowo zwiększając swoją ilość. I leże tak, dusząc płacz w poduszce, dopóki zmęczenie nie przejmie nade mną kontroli i nie porwie mnie w kraine snów.
            Nagle irytujący dźwięk budzika wyrywa mnie z objęć Morfeusza i zdaje sobie sprawę, że spałam zaledwie godzine lub dwie. Wstaję i szykuje się jak co dzień. Ubieram się, lekkim makijażem przykrywam dowody nieprzespanej nocy i całą kreację uwieńczam (wyćwiczonym już do perfekcji) sztucznym uśmiechem. Wychodząc z domu, jestem radosną i optymistycznie patrzącą na świat nastolatką. Śmieje się, żartuje, wygłupiam jak do tej pory. Funkcjonuje jakby nigdy nic się nie stało. W końcu było minęło. Oczywistym był fakt, że wszystko co piękne w końcu musi się skończyć. Wiedziałam dobrze, że koniec nadejdzie, ale nie sądziłam, że tak wcześnie, że tak nagle, niespodziewanie. I chociaż mnie zraniłeś jak nikt nigdy wcześniej i moje serce próbuje się posklejać niczym rozbita szklanka, nadal mam nadzieje. Chce się z Tobą przyjaźnić i mieć Cię przy sobie. Dobrze wiem, że to bez sensu, że już nic z tego nie będzie, że mnie nie kochasz i ja Ciebie też już nie powinnam. Ale jakaś tajemnicza siła ciągnie mnie do Ciebie wbrew wszystkiemu. Przez nią nie potrafie minąć cię obojętnie, nie napisać gdy jesteś online i zostawić przeszłości w spokoju.
            Popołudniami kiedy ponownie zostaje sama, zamykam się w pokoju, zawijam się w ciepły koc i trzymam w ręku kubek z gorącym kakao. Wtedy dociera do mnie jak bardzo męczące jest udawanie. Jak ta sytuacja wykańcza mnie psychicznie. I wiesz co jest wtedy moim jedynym ratunkiem ? Książka. Ogólnie kocham książki. To jest jak marzenie z otwartymi oczami. Otwierając je, czując zapach ich stron, słysząc szelest kartek, wczytując się w każde słowo, przenoszę się w inny świat. Wtedy nie ma mnie tutaj, jestem z tymi bohaterami i żyje ich emocjami. Zapominam o wszystkich problemach i wszelakich przykrościach mojej rzeczywistości.
            Dzięki Tobie zrozumiałam jedną bardzo ważną rzecz. Każdy w coś ucieka od codzienności. Ja w książki i muzyke, Ty w alkohol i gry, a inni w narkotyki i pracę. Wyjść jest mnóstwo i jedynie od nas zależy co wybierzemy i czy dobrze to zrobimy. Jednak zanim pojmiemy fakt, że jest to ucieczka bez której nie potrafilibyśmy żyć, bywa już za późno. Jest ona zawsze dobrą opcją, jeżeli my mamy kontrole nad nią, a nie na odwrót.  
            Każdy mój dzień zaczyna się i kończy tak samo. Różnią się one jedynie małymi szczegółami, jednak jeden z nich jest dla mnie dość ważny. Z dnia na dzień coraz lepiej radze sobie bez Ciebie i jestem coraz szczęśliwsza. Wiele Ci zawdzięczam i już do końca życia będziesz jedną z ważniejszych osób. Dzięki Tobie jestem lepszą wersją samej siebie. Nauczyłeś mnie, że w życiu nie chodzi o to, żeby wiecznie się przejmować, ale o to, aby chwytać każdy dzień, nawet w najgorszej sytuacji znaleźć plusy i śmiać się z porażek. W ciągu pół roku z pochmurnej realistki stałam się niepoprawną optymistką. I wiem jedno, że gdy wyleczę się z tej wielkiej miłości do Ciebie, rzuce Ci się w ramiona i powiem „Dziękuję”. Dopiero wtedy będę najszczęśliwszą osobą na ziemi. Każda chwila z Tobą pokazywała mi jak łatwo jest cieszyć się z małych rzeczy i uczyła, że nie warto trzymać się kurczowo przeszłości. Powinniśmy wyciągać z niej wnioski, ale nie nią żyć. Wiem, że gdybym gdzieś po drodze naszej historii nie zagubiła tej radości i życia bez zobowiązań, możliwe jest, że teraz nasze życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Ale nie żałuje żadnej decyzji i mam nadzieje, że jeszcze będziemy potrafili być ze sobą blisko, niekoniecznie trzymając się za ręce. Dlatego, proszę, trzymaj za mnie kciuki, przyjacielu. 

środa, 19 listopada 2014

Gwiazd naszych wina


Siemka :) Odkąd pamiętam wielkie bestsellery doczekują się swoich ekranizacji. Pojawia się wtedy mnóstwo opinii, czy film sprostał wielkiej popularności książki. Dlatego dzisiaj przygotowałam dla Was porównanie mojej ukochanej powieści Gwiazd naszych wina i filmu.

 Tytuł: Gwiazd naszych wina
Autor: John Green
Wydawnictwo: Bukowy Las
Gatunek: literatura obyczajowa
Ogólne wrażenie: Najpiękniejsza książka jaką kiedykolwiek miałam okazje przeczytać
Ocena: 10/10
 





Tytuł: Gwiazd naszych wina
Reżyseria: Josh Boone
Scenariusz: Scott Neustadter, Michael H. Weber
Gatunek: Dramat
Ogólne wrażenie: W 100% dorównuje książce
Ocena: 10/10

Hazel ma szesnaście lat i od trzech lat choruje na raka. Od tamtej pory nie chodzi do szkoły, spędzając całe dnie na czytaniu jednej i tej samej książki oraz oglądaniu America’s Next Top Model. Jednak gdy na spotkaniu grupy wsparcia poznaje niezwykłego chłopaka o imieniu Augustus, jej życie przewraca się o 180 stopni. Czeka ją nieoczekiwana i wytęskniona podróż w poszukiwaniu odpowiedzi na najważniejsze pytania.

John Green pisząc tę powieść zagłębia się i przybliża Nam, nastolatkom, kwestie życia i miłości. Robi to bardzo wnikliwie i odważnie, a zarazem zabawnie i ironicznie. Nie brakuje również wzruszających do łez momentów. Według mnie książka Gwiazd naszych wina jest napisana z niezwykłym wyczuciem i idealnie ukazuje jak wielkim darem jest umiejętność cieszenia się każdym dniem i jak znacząca w życiu jest wola walki. 

Twórcy adaptacji filmowej wiernie odtworzyli myśli Green’a, dzięki czemu jest równie zniewalająca jak sama powieść i zasługuje na równie pochlebną opinie. Od samego początku łapie za serce i konsekwentnie buduje napięcie, by następnie nam je złamać i pozostawić niedosyt.

Jak widzicie nie potrafie wybrać, która opcja jest lepsza. Każdemu z Was polecam zarówno książkę, jak i film, abyście mogli sami zdecydować. Czekam na Wasze opinie z niecierpliwością ;)

sobota, 15 listopada 2014

Like a model

Hejo <3 Tydzień zleciał mi niezwykle szybko, a wczoraj po szkole wybrałyśmy się z przyjaciółką na małą sesje :) Dzięki jej modowej pasji moge spełniać się jako fotograf :)
 A zresztą sami możecie to ocenić ---> (klik)
Jednak przed obiektywem czuje się tak samo dobrze jak za, dlatego nie mogłam nie skorzystać z możliwości poczucia się choć przez chwilę jak modelka :) Wiem, że każdej nastolatce sprawia to tyle samo radości. Czuje się wtedy jak mała dziewczynka :)

 I jak Wam sie podoba ? Może macie jakieś pomysły na sesje, którymi chcecie się podzielić ? W końcu przed nami jeszcze cały weekend :)

środa, 12 listopada 2014

Annabelle

Hejoo :) W poniedziałek zrobiłyśmy sobie z przyjaciółkami mini maraton filmowy. Jako nasz główny cel postawiłyśmy sobie obejrzenie wyczekiwanego przez nas od dawna horroru Annabelle. Jako, że jesteśmy wielkimi fankami Obecności liczyłyśmy na równie genialny film. A co dostałyśmy ?


Tytuł: Annabelle
Reżyseria: John R. Leonetti
Scenariusz: Gary Dauberman
Gatunek: Horror
Ogólne wrażenie: Rozczarowanie
Ocena: 4/10




Twórcy wykorzystując popularności Obecności stworzyli spin-off, który poświęcony został tajemniczości porcelanowej lalki o imieniu Annabelle. Jej wątek był tylko delikatnie muśnięty w zeszłorocznym hicie, przez co jej biograficzny film był niezwykle wyczekiwany wśród fanów.



 Mia uwielbia porcelanowe lalki i na narodziny swojego pierwszego dziecka ma w planach zdobyć całą kolekcje. Jedną z nich dostaje w prezencie od swojego męża. Wraz z jej pojawieniem na ich perfekcyjnym życiu pojawiają się rysy. W tę samą noc do domu małżeństwa wpadają wyznawcy szatana. Para uchodzi z życiem, jednak od tego momentu w ich domu dzieją się straszne rzeczy. Nie pomaga nawet zmiana miejsca zamieszkania. W końcu okazuje się, że za nieszczęściami stoi lalka Annabelle.


To prosty film w starym stylu, przez co nie straszny dla współczesnego widza. Sekta, paranormalne zjawiska oraz prowadzone na własną rękę śledztwo to pomysły wtórne i mało zaskakujące. Oczywiście podczas oglądania panuje napięcie, ale jest ono dość słabe. Po takim rozwinięciu akcji nawet zakończenie nie jest w stanie porządnie nas przestraszyć.

Traktując go dość surowo nie jestem w stanie uznać Annabelle za hit. Jednak dla początkujących fanów horrorów polecam. A wy co o tym sądzicie ? A może macie do polecenia jakiś na prawde dobry horror ? 

niedziela, 9 listopada 2014

My stupid think




Powiew zimnego powietrza zacinający moje zmarznięte i przemoknięte od łez policzki wybudza mnie z zamyślenia. Spędzam tutaj już kolejny wieczór. Zimny beton, falująca woda, wiatr targający moje włosy, światła życia w oddali i ja, zamyślona i zapłakana z butelką piwa. Kolejny raz wracam do wspomnień, kiedy siedziałam tu z nim, opierałam się o jego ramię i wystarczył jedynie jego uśmiech, zamiast alkoholu, abym była szczęśliwa. Czasami mam wrażenie, że zaczynam rozumieć alkoholików, a nawet sama się nim staje. Bo w końcu alkohol daje nam szczęście, ewentualnie potrafi nas skutecznie oszukać. Ale my chcemy być tak oszukiwani, chcemy wierzyć, że jest dobrze i nasz świat jest wciąż taki wesoły jaki był jeszcze pare dni temu. Nasze życie to zbiory kłamstw, w które po pewnym czasie dobrowolnie zaczynamy wierzyć. A jeżeli uwierzymy, że jesteśmy szczęśliwi, tacy się tez staniemy, więc dlaczego ma nam w tym nie pomóc małe wspomaganie ?
Wypijam ostatni łyk, zamykam oczy i popycham lekko butelkę. Z początku zaczyna ona się powoli obracać, a wraz ze zwiększającą się pochylnią nabiera rozpędu. I turla się tak w kompletnym zatraceniu, aż rozbija się o ostro zakończone kamienie na dnie przepaści. Tak samo jest z miłością. Z początku lekko muska nasz mózg i powoli przejmuje nad nami kontrole. Rozpędza nasze serca i wiedzie nas w oszukańczym pędzie, że tak już będzie zawsze. Że jeżeli my kochamy tą osobę, to ona też będzie nas kochała. Tak samo mocno i już do końca życia. Nie pozwala nam przyjąć do wiadomości, że może nastąpić koniec. Aż w najmniej odpowiednim momencie zabiera wszystko, a my rozbijamy się na miliony nic nieznaczących kawałków dokładnie tak samo jak ta butelka.
Podświetliłam ekran telefonu, a moim oczom ukazał się zegar wskazujący dokładnie 18.44. Wstałam, otrzepałam spodnie i ruszyłam wolnym krokiem przed siebie. Wiatr cały czas się wzmagał i muskał moją twarz. Nagle zatrzymałam się, sama nie wiedząc dlaczego. Stałam tak na środku ulicy, zsunęłam kaptur i zapłakanymi oczami zaczęłam ogarniać pędzący wokół mnie świat i ludzi próbujących za nim nadążyć. Każdy ma swój cel, swój sens życia, a ja ?! Za czym ja biegnę ? Odpowiedź jest niestety dość prosta: za niczym… Razem z nim odszedł cały sens moich dni i codziennego pędu. Razem z sobą zabrał również cząstkę mnie. Cząstkę, której już się nie da załatać i wypełnić kimś innym. Ona należy już tylko do niego, nawet wbrew mojej woli. Ta świadomość wzburzyła krew w moich żyłach i jakaś niewidzialna moc pchnęła mnie do przodu. Zaczęłam biec i płakać. Biegłam przed siebie bez celu, wpadając na innych i potykając się o najmniejsze przeszkody. Biegłam tak samo, jak toczyło się moje życie - bez sensu, celu i zbyt ulotnie.
Gdy nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa stanęłam jak wryta. Otarłam oczy i rozejrzałam się dookoła siebie. Byłam zaledwie trzy przecznice dalej, a zdawało się jakbym przebiegła z pół miasta. Usiadłam na murku i wzięłam głęboki wdech. Poczułam jak moje płuca zaczynają płonąć, a oczy nie przestają produkować nadmiernej do sytuacji ilości łez. Przecież to tylko ból, a każdy ból da się załagodzić. Więc dlaczego kurwa nadal płacze ?! Płaczę, bo tęsknię. Płaczę, bo nadal go kocham. Płaczę, bo nie moge go przytulić. Płacze, bo każde spotkanie jedynie pogarsza mój stan. Płaczę, bo jestem słaba. Płaczę, bo już nie daje rady. Płacze, bo mam już dość tej głupiej gry. Płaczę, chociaż wiem, że to i tak już nic nie da. Bo czasem jedyną sensowną bronią jest ucieczka. I dokładnie tak samo jest w moim przypadku…