niedziela, 9 listopada 2014

My stupid think




Powiew zimnego powietrza zacinający moje zmarznięte i przemoknięte od łez policzki wybudza mnie z zamyślenia. Spędzam tutaj już kolejny wieczór. Zimny beton, falująca woda, wiatr targający moje włosy, światła życia w oddali i ja, zamyślona i zapłakana z butelką piwa. Kolejny raz wracam do wspomnień, kiedy siedziałam tu z nim, opierałam się o jego ramię i wystarczył jedynie jego uśmiech, zamiast alkoholu, abym była szczęśliwa. Czasami mam wrażenie, że zaczynam rozumieć alkoholików, a nawet sama się nim staje. Bo w końcu alkohol daje nam szczęście, ewentualnie potrafi nas skutecznie oszukać. Ale my chcemy być tak oszukiwani, chcemy wierzyć, że jest dobrze i nasz świat jest wciąż taki wesoły jaki był jeszcze pare dni temu. Nasze życie to zbiory kłamstw, w które po pewnym czasie dobrowolnie zaczynamy wierzyć. A jeżeli uwierzymy, że jesteśmy szczęśliwi, tacy się tez staniemy, więc dlaczego ma nam w tym nie pomóc małe wspomaganie ?
Wypijam ostatni łyk, zamykam oczy i popycham lekko butelkę. Z początku zaczyna ona się powoli obracać, a wraz ze zwiększającą się pochylnią nabiera rozpędu. I turla się tak w kompletnym zatraceniu, aż rozbija się o ostro zakończone kamienie na dnie przepaści. Tak samo jest z miłością. Z początku lekko muska nasz mózg i powoli przejmuje nad nami kontrole. Rozpędza nasze serca i wiedzie nas w oszukańczym pędzie, że tak już będzie zawsze. Że jeżeli my kochamy tą osobę, to ona też będzie nas kochała. Tak samo mocno i już do końca życia. Nie pozwala nam przyjąć do wiadomości, że może nastąpić koniec. Aż w najmniej odpowiednim momencie zabiera wszystko, a my rozbijamy się na miliony nic nieznaczących kawałków dokładnie tak samo jak ta butelka.
Podświetliłam ekran telefonu, a moim oczom ukazał się zegar wskazujący dokładnie 18.44. Wstałam, otrzepałam spodnie i ruszyłam wolnym krokiem przed siebie. Wiatr cały czas się wzmagał i muskał moją twarz. Nagle zatrzymałam się, sama nie wiedząc dlaczego. Stałam tak na środku ulicy, zsunęłam kaptur i zapłakanymi oczami zaczęłam ogarniać pędzący wokół mnie świat i ludzi próbujących za nim nadążyć. Każdy ma swój cel, swój sens życia, a ja ?! Za czym ja biegnę ? Odpowiedź jest niestety dość prosta: za niczym… Razem z nim odszedł cały sens moich dni i codziennego pędu. Razem z sobą zabrał również cząstkę mnie. Cząstkę, której już się nie da załatać i wypełnić kimś innym. Ona należy już tylko do niego, nawet wbrew mojej woli. Ta świadomość wzburzyła krew w moich żyłach i jakaś niewidzialna moc pchnęła mnie do przodu. Zaczęłam biec i płakać. Biegłam przed siebie bez celu, wpadając na innych i potykając się o najmniejsze przeszkody. Biegłam tak samo, jak toczyło się moje życie - bez sensu, celu i zbyt ulotnie.
Gdy nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa stanęłam jak wryta. Otarłam oczy i rozejrzałam się dookoła siebie. Byłam zaledwie trzy przecznice dalej, a zdawało się jakbym przebiegła z pół miasta. Usiadłam na murku i wzięłam głęboki wdech. Poczułam jak moje płuca zaczynają płonąć, a oczy nie przestają produkować nadmiernej do sytuacji ilości łez. Przecież to tylko ból, a każdy ból da się załagodzić. Więc dlaczego kurwa nadal płacze ?! Płaczę, bo tęsknię. Płaczę, bo nadal go kocham. Płaczę, bo nie moge go przytulić. Płacze, bo każde spotkanie jedynie pogarsza mój stan. Płaczę, bo jestem słaba. Płaczę, bo już nie daje rady. Płacze, bo mam już dość tej głupiej gry. Płaczę, chociaż wiem, że to i tak już nic nie da. Bo czasem jedyną sensowną bronią jest ucieczka. I dokładnie tak samo jest w moim przypadku…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz