Powiew zimnego
powietrza zacinający moje zmarznięte i przemoknięte od łez policzki wybudza
mnie z zamyślenia. Spędzam tutaj już kolejny wieczór. Zimny beton, falująca
woda, wiatr targający moje włosy, światła życia w oddali i ja, zamyślona i
zapłakana z butelką piwa. Kolejny raz wracam do wspomnień, kiedy siedziałam tu
z nim, opierałam się o jego ramię i wystarczył jedynie jego uśmiech, zamiast
alkoholu, abym była szczęśliwa. Czasami mam wrażenie, że zaczynam rozumieć
alkoholików, a nawet sama się nim staje. Bo w końcu alkohol daje nam szczęście,
ewentualnie potrafi nas skutecznie oszukać. Ale my chcemy być tak oszukiwani,
chcemy wierzyć, że jest dobrze i nasz świat jest wciąż taki wesoły jaki był
jeszcze pare dni temu. Nasze życie to zbiory kłamstw, w które po pewnym czasie
dobrowolnie zaczynamy wierzyć. A jeżeli uwierzymy, że jesteśmy szczęśliwi, tacy
się tez staniemy, więc dlaczego ma nam w tym nie pomóc małe wspomaganie ?
Wypijam
ostatni łyk, zamykam oczy i popycham lekko butelkę. Z początku zaczyna ona się
powoli obracać, a wraz ze zwiększającą się pochylnią nabiera rozpędu. I turla
się tak w kompletnym zatraceniu, aż rozbija się o ostro zakończone kamienie na
dnie przepaści. Tak samo jest z miłością. Z początku lekko muska nasz mózg i
powoli przejmuje nad nami kontrole. Rozpędza nasze serca i wiedzie nas w
oszukańczym pędzie, że tak już będzie zawsze. Że jeżeli my kochamy tą osobę, to
ona też będzie nas kochała. Tak samo mocno i już do końca życia. Nie pozwala
nam przyjąć do wiadomości, że może nastąpić koniec. Aż w najmniej odpowiednim
momencie zabiera wszystko, a my rozbijamy się na miliony nic nieznaczących
kawałków dokładnie tak samo jak ta butelka.
Podświetliłam
ekran telefonu, a moim oczom ukazał się zegar wskazujący dokładnie 18.44.
Wstałam, otrzepałam spodnie i ruszyłam wolnym krokiem przed siebie. Wiatr cały
czas się wzmagał i muskał moją twarz. Nagle zatrzymałam się, sama nie wiedząc
dlaczego. Stałam tak na środku ulicy, zsunęłam kaptur i zapłakanymi oczami
zaczęłam ogarniać pędzący wokół mnie świat i ludzi próbujących za nim nadążyć. Każdy
ma swój cel, swój sens życia, a ja ?! Za czym ja biegnę ? Odpowiedź jest
niestety dość prosta: za niczym… Razem z nim odszedł cały sens moich dni i
codziennego pędu. Razem z sobą zabrał również cząstkę mnie. Cząstkę, której już
się nie da załatać i wypełnić kimś innym. Ona należy już tylko do niego, nawet
wbrew mojej woli. Ta świadomość wzburzyła krew w moich żyłach i jakaś
niewidzialna moc pchnęła mnie do przodu. Zaczęłam biec i płakać. Biegłam przed
siebie bez celu, wpadając na innych i potykając się o najmniejsze przeszkody.
Biegłam tak samo, jak toczyło się moje życie - bez sensu, celu i zbyt ulotnie.
Gdy nogi
zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa stanęłam jak wryta. Otarłam oczy i rozejrzałam
się dookoła siebie. Byłam zaledwie trzy przecznice dalej, a zdawało się jakbym
przebiegła z pół miasta. Usiadłam na murku i wzięłam głęboki wdech. Poczułam
jak moje płuca zaczynają płonąć, a oczy nie przestają produkować nadmiernej do
sytuacji ilości łez. Przecież to tylko ból, a każdy ból da się załagodzić. Więc
dlaczego kurwa nadal płacze ?! Płaczę, bo tęsknię. Płaczę, bo nadal go kocham.
Płaczę, bo nie moge go przytulić. Płacze, bo każde spotkanie jedynie pogarsza
mój stan. Płaczę, bo jestem słaba. Płaczę, bo już nie daje rady. Płacze, bo mam
już dość tej głupiej gry. Płaczę, chociaż wiem, że to i tak już nic nie da. Bo czasem
jedyną sensowną bronią jest ucieczka. I dokładnie tak samo jest w moim
przypadku…